Azerbejdżan

Na północ od Baku – przez kolorowe wzgórza do kaukaskiej wioski Laza

Nasz kilkudniowy objazd Azerbejdżanu rozpoczęliśmy od wyprawy na północ od azerskiej stolicy. Naszym celem były górskie wioski położone na kaukaskich zboczach, niedaleko granicy z Rosją. Jeszcze w Baku wynajęliśmy na kilka dni samochód z Europcaru, dzięki czemu byliśmy bardziej niezależni i mogliśmy bardziej efektywnie wykorzystać czas. W drodze na północ po około 70 km, odbiliśmy w miejscowości Gilazi w lewo, aby zobaczyć jedną z atrakcji Azerbejdżanu jaką są kolorowe wzgórza ciągnące się wzdłuż drogi do Xizi. Po odbiciu z głównej drogi jedzie się zwykłą, lokalną, ale dość dobrą drogą, która stopniowo prowadzi w niewysokie góry.

Droga w kierunku kolorowych wzgórz …
… i mijane po drodze widoki

Początkowo po obu stronach drogi ciągną się zwyczajne wzniesienia i dopiero po około 16 km można dostrzec pierwsze kolorowe zbocza. Góry te zwane też Candy Cane Mountains zasługują w pełni na tę nazwę. Kolory jakie ukazały się naszym oczom były faktycznie cukierkowo- pastelowe. Przeważał kolor czerwony w różnych odcieniach. Na zboczach „wiły się” czerwone i różowe pasy poprzedzielane jaśniejszymi pasmami. Czasami dochodził też kolor zielony. Szkoda tylko, że niebo było zachmurzone, bo w słońcu widok byłby pewnie jeszcze ciekawszy. Te kolorowe góry powstały na skutek działania wody, która przyspieszyła procesy utleniania żelaza, w które tutejsze skały są bogate. Takie widoki ciągną się po obu stronach drogi przez kilka kilometrów.

Niesamowite wzory …
… wymalowane przez naturę …
… na zboczach wzgórz

Zatrzymując się co chwila na zdjęcia w końcu dojechaliśmy do wioski Xizi, gdzie zatankowaliśmy samochód i zawróciliśmy w kierunki głównej drogi. Oczywiście w drodze powrotnej znowu podziwialiśmy „kolorowe widoki”. Naprawdę warto tu zajrzeć, aby zobaczyć to na własne oczy.

Wracamy do głównej drogi

Po dotarciu do głównej drogi prowadzącej na północ kraju, właśnie tam się skierowaliśmy. Po kolejnych około 16 km znowu odbiliśmy w lewo. Tu droga, wprawdzie asfaltowa, była mocno dziurawa, ale i tak po kilku kilometrach skręciliśmy z niej na całkowicie szutrową. Taką szutrową, dość krętą drogą jechaliśmy coraz wyżej wspinając się po zboczach gór. Niebo nad nami było coraz ciemniejsze i kłębiło się na nim coraz więcej ciężkich chmur. Widoczność też stopniowo stawała się coraz gorsza. W końcu jak już byliśmy prawie na szczycie góry, na którą wjeżdżaliśmy to jechaliśmy już we mgle. Po wjechaniu na samą górę, za zakrętem droga zaczęła opadać w dół, a naszym oczom ukazała się niewielka polana położona u stóp góry, z której zjeżdżaliśmy, a za nią kolejna góra na której szycie sterczały skały. Po drodze na jej szczyt było też widać niewielki meczet.

Skały sterczące na szczycie góry

Na tej polanie u stóp gór, było kilka drewnianych straganów, które były puste. Było tam też coś w rodzaju parkingu na którym zaparkowaliśmy nasz samochód. Nieco dalej stał jakiś niewielki, żółty autobus, przy którym kręcili się jacyś ludzie i jeszcze jeden samochód. Nieco dalej można było też dostrzec w okolicy jakieś rozpadające się chałupy i szałasy. Generalnie było dość pusto i dziwnie i jeszcze te ciemne chmury kłębiące się nad nami i przesłaniające górujące wokół szczyty, czyniły to miejsce jeszcze bardziej ponurym. Było też dość zimno i wiał wiatr. Jak tylko zaparkowaliśmy samochód, to nagle nie wiadomo skąd, pojawiły się jakieś dwie miejscowe kobiety domagające się od nas pieniędzy. Jak próbowaliśmy się dowiedzieć za co niby mamy płacić, to zaczęły nam coś tłumaczyć, że to niby za parking. Wyglądało to na ściemę, ale dla świętego spokoju daliśmy im 1 AZN aby sobie poszły. Nie były zbytnio zadowolone, że daliśmy im tylko tyle, no ale w końcu sobie poszły, a my ruszyliśmy po schodach pod górę w kierunku meczetu i skał. Przed nami było kilkaset schodów. Po kilkunastu minutach wspinaczki dotarliśmy w okolice meczetu. Jak się okazało nie był to jeszcze meczet Beshbarmaq do którego zmierzaliśmy, gdyż ten był jeszcze wyżej gdzieś pomiędzy skałami na szczycie góry. Ruszyliśmy więc dalej po kolejnych metalowych schodach i kamiennych stopniach.

Droga na szczyt w kierunku meczetu

Co jakiś czas mijaliśmy siedzące przy ścieżce miejscowe kobiety domagające się od nas pieniędzy. My tłumaczyliśmy, że już płaciliśmy na dole i nie możemy płacić każdej z nich, bo nie mamy pieniędzy i szliśmy dalej wzbudzając ich gniewne komentarze i pomruki. Śmialiśmy się, że zaraz rzucą na nas jakiś czar, bo wszystkie one wyglądały jak jakieś czarownice. W końcu po kolejnych kilkudziesięciu minutach wspinaczki, mijając schodzących w dół jakiś ludzi dotarliśmy na samą górę.

Na szczycie momentami trzeba było przeciskać się przez wąskie skalne przesmyki

Tam w skały wciśnięty jest niewielki meczet, gdzie oczywiście za opłatą kolejne kobiety odprawiają jakieś modły. To właśnie meczet Besbarmaq na górze Besbarmaq Xidirzinda. Meczet ten to cel pielgrzymek wiernych, głównie kobiet proszących o zajście w ciążę. Wchodząc na szczyt pielgrzymi czasami całują mijane skały i proszą o pomyślność. Besbarmaq to święte miejsce dla Azerów.

Wejście do Meczetu Besbarmaq

Wchodzą oni na szczyt położony nieco ponad 500 m n.p.m. i modlą się tam o rozwiązanie swoich problemów, gdyż wedle tradycji, właśnie po wejściu na szczyt mają oni znaleźć sposób na rozwiązanie tych swoich problemów. Ponoć wniesienie ze sobą niewielkich kamieni i całowanie świętych kamieni po drodze, ma w tym pomóc jeszcze bardziej. Po krótkiej wizycie na szczycie ruszyliśmy w dół i znowu musieliśmy wymigiwać się od płacenia pieniędzy kobietom siedzącym przy ścieżce i schodach. Po zejściu na dół wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej. Tą samą drogą szutrową, którą tu dotarliśmy dojechaliśmy ponownie do głównej drogi i pojechaliśmy dalej na północ. Z czasem rozpadał się deszcz, więc i tak nam się udało, że idąc na górę Besbarmaq Xidirzinda nie zmokliśmy.

W końcu dotarliśmy do miasta Guba, gdzie planowaliśmy poszukać jakiegoś noclegu. Posiłkując się Booking.com, znaleźliśmy jakiś miejscowy pensjonat, ale okazało się, że nie ma tam wolnych miejsc. Jednak właściciel skontaktował nas ze swoim kolegą, który zabrał nas do swojego domu, który wynajmuje turystom. Dom był przestronny i mielibyśmy go w całości dla siebie, ale stał trochę na uboczu i wszędzie byłoby daleko, więc umówiliśmy się, że poszukamy jeszcze czegoś innego i jeśli nic nie znajdziemy to tu wrócimy. Przy okazji udało nam się trochę pogadać z tym człowiekiem co i gdzie warto zobaczyć w okolicy. Następnego dnia chcieliśmy pojechać w góry, gdzie z Guby jest około 50 km i sam właściciel domu polecił nam abyśmy ewentualnie spróbowali poszukać jakiegoś noclegu nieco bliżej gór. Postanowiliśmy więc pojechać do następnej miejscowości Gusar, leżącej jakieś 14 km za Gubą. Po dojechaniu na miejsce znaleźliśmy tam jakiś miejscowy motel i jako że okazało się, że są tam wolne pokoje, to zdecydowaliśmy się tam zostać na dwie noce. Wieczorem poszliśmy tylko coś zjeść w jakiejś lokalnej knajpce i zrobić jakieś zakupy na śniadanie, gdyż w motelu nie serwowano śniadania, ale była kuchnia, z której mogliśmy skorzystać szykując je sobie sami. Gusar zamieszkują Lezgini. To kaukaska grupa etniczna mówiąca własnym językiem. W większości są oni muzułmanami.

Następnego dnia rano niestety pogoda była kiepska. Padał deszcz, a poziom chmur był bardzo niski przez co wszystkie okoliczne góry były niewidoczne. Mimo wszystko po śniadaniu postanowiliśmy pojechać do Lazy, górskiej wioski oddalonej od Gusar o ponad 30 km. Wcześniej czytaliśmy, że ta wioska jest malowniczo położona wśród gór i jest to jedno z miejsc, które trzeba zobaczyć w Azerbejdżanie. Ruszyliśmy więc w drogę licząc, że może z czasem niebo się choć trochę rozpogodzi i że uda się nam się coś zobaczyć z tych pięknych widoków. Jechaliśmy drogą wiodącą stopniowo coraz wyżej. Widoki niestety nie były zbyt spektakularne, bo otaczające nas góry ukryte były w chmurach. Był nawet taki moment, że zrobiło się jakby jaśniej i wydawało się, że chmury mogą się faktycznie podnieść i przerzedzić, ale to był tylko moment i zaraz potem sytuacja się odwróciła i nim byliśmy wyżej, tym widoczność była coraz gorsza.

Góry, w drodze do Lazy, częściowo zakryte przez nisko wiszące chmury
Przez moment trochę się przejaśniło i widoczność się poprawiła

W końcu jechaliśmy już w gęstej mgle. Momentami widoczność była na około 20 metrów, a droga coraz bardziej kręta z leżącymi na niej kamieniami, które odpadły od przydrożnych skalistych zboczy. Jechało się więc coraz trudniej i wolniej.

Po dojechani do Lazy, okazało się, że mgła jest tak gęsta, że jadąc drogą nie widać było domów, które stały na okolicznych zboczach w odległości kilkudziesięciu metrów od drogi. Tak więc w to, że ta okolica oferuje piękne i malownicze widoki musimy uwierzyć na słowo, bo nam nie dane było tego dostrzec.

Wjeżdżamy do Lazy, ale przez mgłę nic nie widać
Laza we mgle

Mimo wszystko stwierdziliśmy, że skoro już tam dotarliśmy, to może chociaż zobaczymy wodospad, który jest niedaleko od wioski. Najpierw kierując się nawigacją chcieliśmy tam podjechać samochodem, ale po kilkudziesięciu metrach droga stałą się tak stroma i kamienista, że samochód nie bardzo chciał dalej jechać. Zjechaliśmy więc na dół, zaparkowaliśmy samochód i ruszyliśmy wąską ścieżką na piechotę. Do przejścia mieliśmy raptem koło kilometra, więc szybko dotarliśmy na miejsce. Wodospad musi być piękny. Składa się jakby z dwóch części. Górna kaskada spada na swego rodzaju półkę skalną i dopiero z niej spada druga, mniejsza kaskada. Ale niestety mgła była tak gęsta, że jak staliśmy na dole u jego stóp, to nie bardzo widzieliśmy jego górę.

Wodospad koło Lazy
U stóp dolnej kaskady

Obok z wysokiej ściany spadała druga, znacznie mniejsza strużka wody. Kilkadziesiąt metrów dalej był kolejny wodospad. Aby się tam dostać trzeba było wspiąć się po mokrych i śliskich skalach, przeciskając się przez wąski skalny przesmyk. Postanowiliśmy, że skoro i tak widoczność jest tak marna, to tylko ja wdrapię się na górę z aparatem aby zrobić parę zdjęć, bo i tak nie ma gwarancji czy tam będzie coś widać. I faktycznie widok znów, pewnie wspaniały, był mocno przesłonięty przez mgłę.

Druga stróżka wody spadająca obok głównego wodospadu
Kolejny wodospad, do którego trzeba było się wspiąć po skałach

Zszedłem więc na dół i dalej już razem wróciliśmy do samochodu. Wioska wyglądała na opustoszałą. Nie było nawet gdzie się zatrzymać na kawę czy herbatę, a przynajmniej nie było takich miejsc widać przez mgłę. Na ulicach nie było żywej duszy, więc nawet nie było kogo o to spytać. Ruszyliśmy więc z powrotem do Gusar. Na początku powoli przedzieraliśmy się przez mgłę, by w końcu z czasem zjechać na tyle nisko, że chmury były już powyżej drogi i znowu było coś widać. Wokół głównie widać było górskie zbocza porośnięte drzewami w pięknych jesiennych kolorach. Gdyby było słońce to byłoby pięknie, a tak było smutno i trochę szaro.

Po powrocie w okolice hotelu stwierdziliśmy, że jest na tyle wcześnie, że warto byłoby coś jeszcze zobaczyć. Drugim miejscem, które chcieliśmy zobaczyć w okolicy była inna górska wioska – Xinaliq. Ale ona jest położona jeszcze wyżej niż Laza i droga do niej jest o wiele bardziej trudna i niebezpieczna. Stwierdziliśmy więc, że nie ma sensu wybierać się tam tego dnia, bo skoro już Laza była cała w chmurach, to Xinaliq będzie w nich tym bardziej i nic tam nie zobaczymy. Zdecydowaliśmy więc, że pojedziemy do Afurca, gdzie wcześniej planowaliśmy pojechać następnego dnia, a następnego dnia jeśli pogoda się poprawi to pojedziemy do Xinaliq. W Afurca chcieliśmy zobaczyć tamtejszy wodospad wierząc, że skoro Afurca leży niżej niż Laza to być może tam pogoda i widoczność będą lepsze.

Z Gusar do Afurca mieliśmy około 48 km. Jechaliśmy przez góry mijając porastające je lasy w żółtoczerwonych odcieniach jesieni. Niestety pogoda wcale się nie poprawiała i im byliśmy wyżej, tym znowu było gorzej.

Droga w kierunku Afurca
Kolorowe, jesienne lasy porastające zbocza gór

Jak dojechaliśmy do Afurca i skręciliśmy z głównej drogi w stronę wodospadu to polna droga się rozwidlała. Na jej rozwidleniu stał jakiś samochód i kręcił się tam jakiś gość. Zapytaliśmy go o drogę do wodospadu, na co on stwierdził, że droga na wprost jest krótsza, twardsza, ale bardzo stroma i kamienista i nią naszym samochodem nie damy rady dojechać. Zaś droga idąca w lewo jest dłuższa, ale bardziej błotnista i też nie powinniśmy próbować nią jechać. Za to on może nas zawieść pod wodospad tą krótszą drogą swoim samochodem 4×4. Postanowiliśmy jednak zaryzykować i spróbować dojechać samemu tą dłuższą drogą. Niestety po kilkuset metrach droga była już tak błotnista, że baliśmy się, że zaraz gdzieś utkniemy na dobre, więc zawróciliśmy do rozwidlenia i rozpoczęliśmy negocjacje z kierowcą za ile zabierze nas pod wodospad swoją terenówką. Na początku gość chciał jakieś chore pieniądze. My ustaliliśmy sobie, że możemy mu dać maksymalnie 10 AZN. Negocjowaliśmy długo, ale gość zgodził się zejść tylko do 20 AZN. Stwierdziliśmy, że dla nas to za dużo i że w takim razie idziemy na piechotę. Kierowca chyba nie wierzył, że faktycznie pójdziemy pieszo, ale ku jego zdumieniu ruszyliśmy pod górę. Po około kilometrze marszu na kolejnym zakręcie zobaczyliśmy z góry, że kierowca wsiada do samochodu i rusza w naszym kierunku. Wiedzieliśmy już, że się złamał. I faktycznie za chwilę był koło nas i zgodził się nas zawieźć do wodospadu za 10 AZN. Wsiedliśmy więc do jego samochodu i ruszyliśmy w górę. Na początku droga była zupełnie ok i już zaczęliśmy pluć sobie w brodę, że mu uwierzyliśmy i nie spróbowaliśmy tą droga dojechać swoim samochodem. Ale po jakimś czasie droga była już tak kamienista, że rzeczywiście zwykłym samochodem nie byłoby szans aby tam przejechać. W końcu dojechaliśmy do końca drogi. Zatrzymaliśmy się i dalej ruszyliśmy na piechotę. Było zimno, mokro i bardzo ślisko. Trzeba było iść bardzo powoli aby się gdzieś nie przewrócić. Po kilkuset metrach doszliśmy do wodospadu Afurca Selalesi. Niestety znowu prawie nic nie zobaczyliśmy przez otaczającą nas mgłę. Wydaje się, że ten wodospad jest może niższy, ale znacznie szerszy niż ten z Laza. Niestety widok psuły jakieś kable wiszące w okolicy. Po paru minutach nad wodospadem, wróciliśmy do terenówki, a potem w dół do naszego samochodu. Stamtąd już prosto wróciliśmy do Gusar do naszego hotelu.

Wodospad Afurca Selalesi ukryty we mgle

W Gusar byliśmy tuż przez zmrokiem. Niestety wszystkie plany pokrzyżowała nam pogoda. No ale czasem tak bywa i chcą nie chcąc trzeba było się z tym pogodzić. Poszliśmy jeszcze coś zjeść i wróciliśmy do hotelu. Kładąc się spać liczyliśmy, że prognozy pogody, które pokazywały na następny dzień taką samą pogodę, jednak się nie sprawdzą i że pojedziemy do Xinaliq. Niestety, następnego dnia rano było jeszcze gorzej. Chmury wisiały jeszcze niżej, a do tego padał regularny deszcz. Wiedzieliśmy już, że z wycieczki do Xinaliq nici. Co więcej, na kolejny dzień prognozy też były złe, więc nie było sensu czekać tu jeszcze jednego dnia. Pokombinowaliśmy szybko, przemyśleliśmy cały timing i plany na okres na jaki mieliśmy wypożyczony samochód i podjęliśmy decyzję, że odpuszczamy Xinaliq i jedziemy dalej. Trudno, będzie okazja żeby tu jeszcze wrócić. Stwierdziliśmy, że skoro i tak pada i jest jeszcze wcześnie, to ruszamy na zachód Azerbejdżanu do Shaki. Przed nami było prawie 440 km drogi, ale mieliśmy na to cały dzień, więc wiedzieliśmy, że spokojnie damy radę. Ale o Shaki to napiszemy już w kolejnym odcinku.

Jeden Komentarz

  1. Pingback: Shaki i okolice – Bachurze i ich podróże

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*